MaleMEN

Nowy Kiljański

Malemen Magazine
Wreszcie mu się wszystko poukładało. „Powrót” - najnowsza płyta Krzysztofa Kiljańskiego to 12 pięknych, wysmakowanych utworów. Wyłącznie po polsku. Nie jest tak, że od razu wpadają w ucho. Muza bez blichtru i fajerwerku. Nie pasuje do Facebooka i iPada. Nie jest dla małolatów. Pasuje do porządnego odtwarzacza, bo trzeba z nią trochę poobcować. Pozwolić, żeby zapuściła w duszy korzenie. Dlatego ostrzegamy: uzależnia. A kiedy uzależni, to będzie wymagała od Was poświęcenia. Wyłączenia telewizora, komputera, nawet komórki. Wszystkiego, co uzależnia pozorami szczęścia. To płyta, która domaga się całej waszej uwagi. Jak ktoś, kogo kochacie. A jeśli kochacie, to wiecie, że warto wyłączyć wszystko inne.

Z okazji wydania tej płyty przypominamy Wam MaleMENową opowieść o Krzyśku. I Godzilli.



Zaczyna się tak: niemal nieznany wokalista z Wrocławia wydaje płytę. Sto tysięcy sprzedanych egzemplarzy. W show-biznesie to trzęsienie ziemi. A on dzień później znika. Jak mógł? Tego się przecież nie robi światu! Ale każdy musi zmierzyć się ze swymi demonami. Uwolnić dzikość, którą w sobie nosi. Okiełznać Godzillę. W dzieciństwie każdy film z tej serii widział po cztery razy. Najbardziej lubił „Ebiraha, potwora z głębin”. Bo tam Godzilla to wciąż potwór, ale broni ludzi.



Było dokładnie tak jak za pierwszym razem. Przyjechali do Warszawy. Ula za kierownicą, Krzysztof z mapą w ręku. Znaleźli miejsce do parkowania niedaleko EMPiK-u. Wszedł tam. Wysoki. W czapce z daszkiem naciągniętej niemal na same oczy. Niełatwo go rozpoznać. Zresztą. Minęło siedem lat, odkąd królował w rozgłośniach i telewizjach. Siedem lat, kawał czasu. W samochodach pojawiły się GPS-y, w telefonach kamery, w telewizji trójwymiar, a empetrójki są na każdym kroku. A przecież empetrójka to nie to samo co płyta. Nie możesz jej wziąć do ręki. A płytę tak. Możesz jej dotknąć. Otworzyć. Ucieszyć się. Otwieranie płyty to rytuał. Święto.

– Naprawdę tak myślisz? – patrzy na mnie badawczo.

– No pewnie, inaczej nie byłoby renesansu winyli. Płyta
w sensie, powiedzmy, ontologicznym jest w końcu realnym bytem. A empetrójka? To czysta energia. Na półce jej nie postawisz i do szuflady nie wrzucisz. To miraż.

Więc wszedł do EMPiK-u. Przejrzał półki z nowościami. No i… stała tam. Naprawdę. Naprawdę jego własna płyta. I znów miał to samo uczucie co siedem lat temu.

– Trochę jakbyś trzymał w ręku własne dziecko?

Milczy chwilę.

– Nie. Zupełnie nie. Bo przecież znam tę płytę w każdym, najdrobniejszym szczególe. Niczym mnie nie może zaskoczyć. A dziecko zaskakuje mnie każdego dnia.

Trzy akordeony

Ojciec grał na puzonie w orkiestrze dętej Dozametu. Można mu popatrzeć w oczy na wielkiej oprawionej w ramę z ciemnego drewna fotografii. W muzeum we dworze w Szybie zajmuje miejsce tuż obok widelca pana kapelmistrza. Tym widelcem zwykł był zakąszać po udanym koncercie. Wszyscy tam są: kapelmistrz, trębacze, gość z werblem, no i oczywiście puzoniści. Tylko muzyki już nie ma. Ta orkiestra była dumą Nowej Soli.

Kiedy poznali się rodzice Krzysztofa, był w tym mieście niezwykły, twórczy ferment. Było pięć kin i żadnego wolnego miejsca.

W domu Kiljańskich był puzon i trzy akordeony.

Ojciec od święta wyjmował któryś z futerału. Krzysiek czekał na Wielkanoc, na Boże Narodzenie i na rodzinne spotkania.

– Zaczarował mnie. Chciałem grać.

Poprosił rodziców, żeby go zapisali do szkoły muzycznej. I od tej pory jeden z akordeonów należał do Krzyśka.

– Do dziś uwielbiam ten instrument. „Kaloryfer, zmarszczka, świnka”… znam mnóstwo określeń, ale większość nie nadaje się do przytoczenia.

W szkole muzycznej Krzysiek wytrwał rok. Zajęcia chóru były taką mordęgą, że na samą myśl o nich robiło mu się niedobrze.

– Wypiszcie mnie – błagał.

Zanim wypisali, musiał doczekać wakacji. I zagrać na popisach uczniów szkoły muzycznej.

– Zaciągnąłem się potem do kapeli rockowej w domu kultury. Obiecali porządny sprzęt i salę prób. Nie było jasne, kto na czym będzie grać, ale od słowa do słowa zostałem perkusistą. Ale nikt z nas nie myślał poważnie o muzyce. Zresztą, czy to źle? Muzyką trzeba się przecież cieszyć. Niezależnie od tego, czy jest poważna czy rozrywkowa, musisz zostawić otwarte okno, żeby wpuścić do niej powietrze, być Mozartem, a nie Salierim.

Przeczytaj nasz poprzedni wpis: Mela Koteluk w Malemen: W maju wydam „epkę”

Dwa kaloryfery

Z ojcem na dwa akordeony nie zagrał nigdy.

– Dlaczego?

– No przecież nawet bym się nie ośmielił.

Mama miała czasem takie pomysły, żeby zagrali razem, ale
to się nie mogło udać.

– Musiałbym ćwiczyć bez przerwy kilka lat, żebym mógł mu dorównać.

– Ale chyba tata mógłby zagrać, a ty zaśpiewać?

– No nie… Śpiewać zacząłem dużo później. Wtedy szczerze nienawidziłem śpiewać.

Foreign languages



Kiedy już się przełamał, zaśpiewał z grupą Łolaboga na Szkolnym Przeglądzie Piosenki Turystycznej. I tak się zaczęło: poezję śpiewaną z zespołem Zegro, rock z HGW i fuzja stylów w Dzieciach Filipa. U Filipa na bębnach grał Witek Cisło.

W końcu wybrał poezję. Zegro zmieniło szyld na Ex Nonet i ruszyło podbijać sceny. Festiwal Piosenki Aktorskiej, Zamkowe Spotkania w Olsztynie, Spotkania Młodych Autorów i Kompozytorów w Myśliborzu.

– Marzyliście o własnej płycie?

– Każdy ma marzenia. Ale nie przyszło mi przez myśl, że kiedy już będzie ta płyta, to ją zaśpiewam po angielsku.

Miał wtedy inną pasję. Esperanto.

Zobacz również: Nasz Dział Muzyczny na Malemen.pl


Singiel

Kiedy zdobył wyróżnienie na Spotkaniach Młodych Kompozytorów, podszedł do niego Stanisław Śliwiński. Porozmawiali. To miała być szansa dla młodego wokalisty. Prawdziwa praca, prawdziwe pieniądze.

– No i ściągnął mnie do Śląskiej Estrady Wojskowej. Jeździliśmy autobusem z miejsca na miejsce. Jednego dnia graliśmy na ringu w jakiejś hali sportowej, a następnego po całonocnej jeździe w Teatrze Muzycznym w Gdyni. To była świetna praca. Grubo ponad półtora tysiąca koncertów w Polsce i kilku zaprzyjaźnionych krajach. Ale to była praca tylko dla singla, nie ma co kryć… Wesoły autobus. Dziś bym się już na to nie pisał.

Jeśli udało się złapać jakieś wolne, jechał do Nowej Soli pograć z Witkiem Cisło w zespole Konferansjer. Albo wsiadał
w tramwaj i jechał na koniec Wrocławia. Mijał most, Halę Stulecia, ogród zoologiczny. Dziewczyna ma na imię Ula.

– Jak się poznaliśmy? No po prostu, podszedłem i powiedziałem „Cześć, jestem Krzysiek”.

Ula będzie go od tej pory wspierać każdego dnia. Każdego dnia od nowa.

Longplay

Był 1993. Komputery nie miały nagrywarek, demo rozsyłało się na kasetach. Normy brzmieniowe były z innego świata. Nagrali wtedy z Witkiem materiał demo. Krzysztof zaśpiewał teksty Ewy Andrzejewskiej. Potem poszedł na pocztę i wysłał kasety do trzech wytwórni. To miała być była taka płyta,
że klękajcie narody. Oddzwonili.

– Jak pan sobie wyobraża ten materiał? – zapytał prezes.
– Kogo pan widzi jako producenta?

A Krzysiek był zupełnie zielony. Witek Cisło też. Zatkało ich.

– Poddaliście się?

– Tak… Tryby się zakręciły, ale nie naciskaliśmy. Nie zdawałem sobie sprawy, że takie sprawy nie dzieją się same. W końcu przestali dzwonić.

Witek pojechał grać do Wiednia. Krzysztof pojechał śpiewać na Tajwanie. Samych klasyków: Sinatrę, Elvisa, Raya Charlesa. Kiedy wrócił do Polski, związał się ze sceną jazzową.
A potem Witek wrócił. Cały ten czas myślał o płycie.

– Minęło już dziewięć lat – podliczył – czas spróbować jeszcze raz.

Pan, który śpiewa

Na początku to nawet nie miała być płyta. Mieli pisać piosenki i sprzedawać je innym wykonawcom. Ale w trakcie pracy zrozumieli, że te piosenki są zbyt dobre, że chcą je nagrać sami.

Witek grał w Wiedniu z amerykańskim pieśniarzem Willym Bellem. Wysłali mu taśmy, a Bell podarował im nieziemskie teksty. Dwa lata posyłali sobie pocztą zgrywki, oderwane fragmenty muzyki na płytach CDR zaklejonych w koperty z bąbelkami. Witek mieszkał w Warszawie, Krzysiek we Wrocławiu, a Willy Bell wtedy akurat na Reunionie.

– Gdyby mi ktoś powiedział, że tak można pracować, to bym nie uwierzył. Dla mnie to najpiękniejszy etap pracy z muzyką: tworzenie. Nie da się słuchać własnych płyt w nieskończoność. Ale kiedy je kreujesz, naprawdę dają ci radość.

Gotowy materiał puścili w świat, żeby krążył między znajomymi. Wierzyli, że to świetny materiał, że się potoczy swoim trybem. I tak drogą pantoflową, dzięki Dorocie Szpetkowskiej, CDR trafił do Kayah i Tomika Grewińskiego. Tomik zadzwonił, że dobrze byłoby się spotkać. Witek i Krzysztof mieli akurat wystąpić w Warszawie przy okazji Dnia Kotana. Okazało się, że Kayah też tam zaśpiewa. I tak w 2003 pod Pałacem Kultury i Nauki spotkali się w przyczepie kempingowej,
w której Kayah miała garderobę.

– Znała muzykę, ale do tej pory nie spotkała „pana, który śpiewa” – uśmiecha się Krzysztof. – To był moment konfrontacji. Kwadrans po koncercie. Wystarczyło, żeby się dogadali.

– Po tym spotkaniu wiedzieliśmy, że zaczynamy nagrywać płytę dla Kayaxu, firmy, którą właśnie założyli Kayah i Tomik.

„In the Room”

– Mieliśmy z Witkiem jasność: nie chcemy żadnych muzyków z zewnątrz. To nasza muzyka i nagramy wszystko we dwóch, by uzyskać nasze brzmienie, feeling. Było ryzyko, bo ja, w odróżnieniu od Witka, nie jestem wirtuozem, choć przecież gram na gitarze czy fortepianie.

Mieli szczęście. Albo siłę przekonywania, bo Kayah powiedziała „tak”. Zaprosiła ich do domowego studia i dała tyle czasu, ile chcieli. Jeździli tam prawie pół roku.

– Towarzyszyła temu fajna atmosfera. Graliśmy tak, jak chcieliśmy. Próbowaliśmy tak długo, aż mogliśmy z czystym sercem powiedzieć „Już. Już jest dokładnie tak, jak chcemy”. Mieliśmy szczęście. Nie byliśmy młodzi, nie byliśmy znani poza kręgiem jazzowym. Nie musieliśmy przebijać tej ściany niemocy i liczyć kwitków, z jakimi odsyłają cię wytwórnie i rozgłośnie.

Kayax też miał szczęście. „In the Room” był pierwszym wielkim biznesowym sukcesem wytwórni.

Kayah

Radio bez przerwy grało „Prócz ciebie nic”, a do Krzysztofa przylgnęła etykietka.

– „Kiljański? Ten co z Kayah śpiewa”?

– Tak – przyznawał.

I nie musiał już nic więcej mówić.

– Do dziś przy okazji różnych koncertów funkcjonuję jako „ten facet od Kayah”, a znajomi i przyjaciele kiedy dzwonią, to rzucają „Co tam słychać u Kayah”?

– I jak z tym jest?

– Można przywyknąć – wzrusza ramionami – w sumie to nawet mi już nie przeszkadza, mogę być „facetem od Kayah”.
Ta dziewczyna to fantastyczna osobowość.

Kiedy usłyszała tę piosenkę na demówce z angielskim tekstem, zaproponowała, że napisze nowe słowa. Czekali długo.

– To bardzo niemęski tekst – początkowo Krzysiek wcale nie był zachwycony – nigdy nie śpiewałem takich słów!

Przeszło mu dopiero, kiedy zaśpiewali to razem. W tej piosence prym wiodą spokój i… cisza. Cisza potrafi być w muzyce bardzo ważnym elementem.

Kwadrans

Płyta nazywa się „Krzysztof Kiljański”, a nie „Kiljański i Cisło”.

– Mieliśmy tych szyldów kilka, uzbierało się ich przez lata. Ale w czasie nagrań Tomik zasugerował, że „Kiljański” to będzie ze względów promocyjnych najlepsze rozwiązanie, że tak będzie najprościej, bo to pozwala zidentyfikować wykonawcę. Tak zostało.

Po „In the Room” zaczęli dostawać mnóstwo propozycji: tekstów, muzyki, pomysłów. Ale chcieli innej bajki. Własnej.
A potem wyszło, że Witek chciał grać swoją muzykę, a Krzysztof swoją.

– Próbowaliśmy, ale okazało się, że pociągają nas bardzo różne stylistyki, że jesteśmy jak dwa konie, które ciągną w różne strony. Wóz nie mógł ruszyć z miejsca.

– Rozstaliście się?

– Tego nie powiedziałem. Wykorzystaliśmy te pięć minut, kiedyśmy ciągnęli w jedną stronę. I to się może zdarzyć znowu.

– Sto tysięcy sprzedanych płyt to nie jest pięć minut.

– OK. To był kwadrans.

Praca



– Masz w sobie mnóstwo pokory.

– Może po prostu cierpliwości?

– To z czego żyje wokalista, kiedy nie nagrywa?

– Ze śpiewania. Z koncertów. Pracuję wtedy jako wokalista
z różnymi składami. Jako najemnik. Kiedy nagrywam, muszę postawić wszystko na jedną kartę. Więc postawiłem. Zawiesiłem część koncertów. Żyliśmy tak trochę na kredyt, ale nie mieliśmy dziecka, więc to było możliwe. Dziecko zmusza
do przewartościowań.

Wyzwanie

Priorytety zmieniły się w 2005 roku. W styczniu wyszła płyta. W październiku urodził się Michałek.

– I to jest dopiero wyzwanie. Uczę się być dobrym ojcem,
a to niełatwe. Uczę się dopiero pięć lat. Na początku jest łatwo, wystarczy zmieniać pieluchy. A potem z każdym dniem trzeba być dobrym bardziej.

Przenieśli się do Halinowa. Pół godziny od centrum Warszawy, dookoła las. Aklimatyzacja trochę trwała, ale nauczyli się w sklepie prosić o „siateczkę”, a nie „reklamówkę”.

– Wiedzieliśmy, że będziemy rodzicami na serio. Że nie będzie żadnej niani. Sprawy muszą dojrzewać, muszą mieć swój czas, tylko wtedy wszystko pójdzie, jak należy. Michałek jest fantastycznym człowiekiem. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mógł robić to, co pokocha. Bo nie ma nic gorszego, niż odwalać pańszczyznę i za jakieś grosze robić coś, czego się nie kocha. Ja nie umiałbym być wtedy szczęśliwy.

Cisza

– Minęło siedem lat od tamtej płyty. Potrafisz znikać.

– Coś w tym jest. Ale przecież nie znikam na zawsze.

– Dlaczego nie poszedłeś za ciosem?

– A po co wydawać drugą płytę taką samą jak pierwsza? Jest wielu wykonawców, którzy mają ogromny dorobek płytowy. Ale zdarzają im się nieudane płyty. Mnie nie bawią nieudane płyty. Członkowie Pink Floyd mawiali „Możemy sobie pozwolić na to, żeby wydać płytę raz na dziesięć lat”. Podobnie Peter Gabriel. Ich płyty dziś budzą we mnie te same emocje jak za pierwszym razem. I tylko takie warto nagrywać.

Przez te lata Krzysztof koncertował. Zaśpiewał gościnnie na płytach przyjaciół. Na przykład na nowym krążku Yugopolis.

I w końcu dojrzał do lonpglaya. Piosenki Jonasza Kofty. Ryzykowne. Trzeba zmierzyć się z kilkoma wielkimi interpretacjami: Bogusława Meca, Michała Bajora czy Hanny Banaszak.

Oprócz tych znanych jest na płycie kilka utworów, które Kofta zaśpiewał raz, może dwa razy, na przykład w „Trójkowym studio”. Są w zupełnie nowych aranżacjach, ale nie ma rewolucji. Są rockowe i balladowe brzmienia charakterystyczne dla lat 70.

– Szkoda, że Kofty już nie ma. Uwielbiałem go. Pamiętam jak czekałem na „Powtórkę z rozrywki” w Trójce. Ciekawe, co by powiedział na dzisiejszy świat? Na rolę mediów, na polityków, na nasze „nowoczesne” wartości. Był niezwykłym poetą. Pisać lirycznie, ciepło, z dużym dystansem do siebie i świata. Dowcipnie i inteligentnie… Niewielu dziś tak potrafi. Gdybym trafił na poetę takiego jak Jonasz, to pewnie nagrałbym od czasu „In the Room” przynajmniej pięć płyt.

Ania

Napis na okładce: „Z gościnnym udziałem Ani Kłys”. Krzysztof usłyszał ją w telewizji, w jednym z tych show dla młodych talentów. Nawet posłał SMS-a, żeby na Anię zagłosować, ale przepadła. Potem był w trasie. We Wrocławiu grali w operze, a po koncercie, choć wieczór był już bardzo późny, poszli na plac Solny. Mały klub w samym rogu. Koncert Ani Kłys z zespołem. Pomyślał, że dziewczyna ma świetny soulowy drajw. Że świetnie zabrzmiałoby to na płycie z muzyką Kofty.

– I co? Podszedłeś i powiedziałeś „Cześć, jestem Krzysiek Kiljański, zaśpiewasz na mojej płycie”?

– Nie do końca. Po prostu zapadła decyzja, że Ania zaśpiewa i spotkaliśmy się w Warszawie na próbie z muzykami, na finał nagrań wróciliśmy do Wrocławia. Zarejestrowaliśmy tam partie wokalne. Ania to wielki talent. Mam nadzieję, że zadebiutuje już niedługo świetną, oczywiście własną płytą.

Przymus

– A ty kiedy nagrasz kolejną płytę?

– Drugą?

– Sądziłem, że Kofta jest drugą.

– Myślę o autorskiej płycie. Nagram, kiedy uznam, że materiał jest dość dobry. Mogłem ją wydać w 2008, ale doszedłem do wniosku, że jeszcze musi dojrzeć. Że wydam przed Euro. Podchodziłem do niej wiele razy. Może nawet mówiłem o niej zbyt wiele razy. A muzyka nie jest od tego, żeby o niej gadać, jest od tego, żeby nią żyć. Nie nagrałem dotychczas, bo za wszelką cenę nie musiałem. Muzyka najlepiej wychodzi, kiedy możesz grać ją lekko, kiedy możesz się nią cieszyć.



– Więc teraz musisz?

– Teraz chcę. Choćby dla Michałka. Poza tym czuję, że teraz jest dobry moment, żeby postawić kropkę nad i. Żeby ten materiał nagrać i wydać.

Lepszy świat

Michałek jest bardzo muzykalny. Podoba mu się keyboard
i podoba gitara. Wie, kim jest tata, dostał od Krzyśka profesjonalny mikrofon, ciężki, rzetelny, w pięknym futerale. Wchodzi na stronę z dziecięcymi teledyskami, podłącza mikrofon
i śpiewa po angielsku, którego prawie w ogóle nie zna.

Krzysztof wolałby, żeby sobie znalazł jakiś „normalny” zawód. Ale nie będzie naciskał.

– Moi rodzice też nie naciskali. Poprosiłem, to zapisali mnie do szkoły muzycznej. Poprosiłem ich potem i wypisali. Nie wolno zmuszać dzieci do tego, żeby wprawiały się w czymś, czego nie lubią. Pytaliśmy go z Ulą, kiedy już zaczął porządkować sobie świat w tej małej główce, kim chciałby zostać, kiedy już będzie duży. A Michał na to, że klaunem cyrkowym. Nie policjantem, nie strażakiem, ale klaunem. To świetny chłopak. Mam nadzieję, że przyjdzie mu żyć w lepszym świecie.

WIĘCEJ NA MALEMEN.PL
Trwa ładowanie komentarzy...