MaleMEN

Mela Koteluk w Malemen: W maju wydam „epkę”

Na zdjęciu: Mela Koteluk
Na zdjęciu: Mela Koteluk Malemen Magazine/fot. Monika Kmita
Mela Koteluk Laureatką dwóch Fryderyków! Właścicielka statuetek za Debiut i Artystę Roku 2013 w Malemenie mówi o śpiewaniu w chórkach ze Scorpionsami, samodzielności, paleniu, jedzeniu i kolejnych tajnych planach. Po tym jak zaśpiewała Baczyńskiego z Czesławem Mozilem, nie wypada jej nie znać.

Tekst: Max Suski

Nie wygląda na dziewczynę, która w wieku 16 lat zaczęła samodzielne życie. Gdyby była zbuntowaną metalówą z tatuażami, w skórzanej motocyklowej kurtce może bym uwierzył, ale przede mną delikatna, żeby nie powiedzieć eteryczna, blondynka. Przyjemnie miękko ubrana, z nienagannym makijażem. Może to dobroczynny wpływ kwiatów? Mama Meli otworzyła przed laty w Sulechowie kwiaciarnię, a ludzie żyjący między kwiatami z natury wydają się dobrze ułożeni i opanowani.



– Rzeczywiście, mama przyciąga do siebie ludzi, często przychodzą na kawę, przynoszą ciastka – opowiada autorka wydanego w zeszłym roku „Spadochronu”.

Naprawdę ma na imię Malwina. W szkole miała różne przezwiska w końcu stanęło na Meli. Zdradzam jej, że Mela Koteluk brzmi mi w głowie prawie jak Katie Melua, melodia nazwiska jest zabójczo podobna. Ale to nie musi być minus, w końcu Wisławę Szymborską nawet po śmierci mylono z Michaliną Wisłocką; zresztą sama poetka zawsze uważała te wpadki za szalenie zabawne. – Ktoś mi już to kiedyś mówił – potwierdza Katie, przepraszam, Mela. – Ludzie często przekręcają moje nazwisko. Byłam już Magriną Kosteluk, Melą Kotulak, Kelą Moteluk… Ale to jeszcze nic. Kiedyś inną wokalistkę, Kari Amirian, ktoś przedstawił w radiu jako Kari Armani.

Zanim powstał „Spadochron”, Mela przeszła długą drogę. Bardzo wcześnie zrozumiała, co lubi i co chce robić. Kiedy miała 15 lat, pojechała na warsztaty muzyczne do Nowogardu. – Tam poznałam Elę Zapendowską i Andrzeja Głowackiego – opowiada. – Oboje wywarli bardzo duży wpływ na moje życie. Jadąc na warsztaty, byłam przekonana, że to będą takie kolonie, że będziemy siedzieć przy ognisku i grać na gitarach. Okazało się, że przez cały dzień mamy profesjonalne zajęcia. To była prawdziwa szkoła śpiewania, trochę dla mnie stresująca, bo wcześniej nie wiedziałam, co to jest przepona, jak należy jej używać. A po warsztatach Ela Zapendowska powiedziała mi, że jeżeli chcę profesjonalnie śpiewać, to co tydzień musimy regularnie się spotykać. I że jej nie interesuje, że mam daleko. Uważa, że mam fajną barwę głosu i będą ze mnie ludzie. Uzbrojona w taką argumentację 16-letnia już Mela zaprosiła rodziców na poważną rozmowę.

– Przedstawiłam im swoją wizję, to było bardzo przemyślane. Miałam plan na najbliższe pół roku: dobrze skończyć pierwszą klasę liceum i dostać się do dobrej szkoły w Warszawie. Skontaktowałam rodziców z Elą, ona zapewniła ich, że będę pod dobrą opieką. Zgodzili się. Tak to właśnie bezkolizyjnie wszystko się odbyło. Chociaż później nie zawsze było tak łatwo. Czasem rodzice mieli ze mną hardcore, teraz staram im się to wynagrodzić. Przed maturą przeniosłam się do Krakowa; potem na 2,5 roku pojechałam do Londynu. Miałam tam wrażenie, że nic sensownego nie robię. Ale to wszystko było mi w życiu potrzebne.

Przyznaję, że zazdroszczę Meli tej pewności. To duże szczęście mieć jasny pomysł na siebie. Podobnie myśli pewnie każdy, kto – niczym dziecko we mgle – podejmował decyzję o studiach i przyszłości bardziej na chybił trafił niż w pełni świadomie. – Niedawno wzięłam udział w spotkaniu z młodzieżą z pewnego liceum i podpytywałam tych młodych ludzi o życiowe plany. Tylko jedna osoba z tej grupy wiedziała z grubsza, co chce robić. Przyglądam się młodszym od siebie, jestem ciekawa ich sposobu myślenia. Zastanawiam się czasem, czy oni mają coś, co z wiekiem nieświadomie się gubi.

W stolicy Mela sprawnie się odnalazła.

– Przyjechałam do Warszawy, poszłam do szkoły, mieszkałam ze znajomą Eli. Wcześnie weszłam w dorosłość, samodzielność. Chociaż różnie ten czas wspominam. Z jednej strony to wszystko było fascynujące i pociągające, ale z drugiej za dużo nowości, za dużo atrakcji naraz. Miałam chyba pewien dołek, to było coś na kształt docierania się z samą sobą. Mało w sumie pamiętam z tego czasu, wyparłam dużo wspomnień. Z czego żyłam? Na początku pomagali mi rodzice, ale szybko zaczęłam zarabiać na śpiewaniu, zdobywałam nagrody w konkursach wokalnych, nagrywałam chórki, pisałam teksty.

Właśnie, chórki. Niby drobiazg, ale dostać się choćby do chórku takich estradowych wyjadaczy jak zespół Scorpions (tak, tak, TEN Scorpions) to jest sztuka; byle kogo tam chyba nie przyjmują? A Melę, owszem, przyjęli. Pewnie mało kto zdaje sobie sprawę, że w słynnym zespole mamy swoją wtykę – w obecnym składzie basistą jest Polak Paweł Mąciwoda. – Potrzebny był drugi chórek europejski, Paweł zgarnął parę dziewczyn, a one wciągnęły mnie. Trafiłam od razu na duże koncerty, bo oni zaprzęgają chórek tylko do koncertów orkiestrowych – opowiada Mela. – Mój tata bardzo ich lubił. Dziś ta muzyka jest może dla niektórych nie do przyjęcia, ale Scorpions to potężna machina estradowa, prawdziwa instytucja. Ich wokalista Klaus to ciągle młody facet. Profesjonalista, przed każdym koncertem długo się rozśpiewuje, rozgrzewa krtań. U gwiazd to dziś rzadkość, ludzie często sobie odpuszczają, często stawiają na bylejakość.

Spotykamy się między koncertem Meli a pakowaniem. Za parę godzin wsiądzie do samolotu i leci na miesiąc do Azji. Będę w Laosie łazić przez miesiąc z plecakiem, jest również plan, by w miarę możliwości sypiać pod namiotem. Plecak mam świetny, taki, że nie czuć części jego realnego ciężaru. Trzeba korzystać z technologii.

Podróż to dla niej okazja do walki z nałogiem.

– Ciągle jeszcze palę, ale chciałabym odstawić na czas wyjazdu. Powinno być łatwiej, bo jadę w nowe miejsce, nie będzie tych wszystkich skojarzeń, co tutaj, nie będzie samochodu, w którym palę, popielniczki i tak dalej. Chciałabym skorzystać z okazji i to rzucić. Pomyślałam sobie ostatnio, że papieros jest bez sensu, bo nadaje życiu sens. Ot, taki paradoks. Złapałam się na tym, że gdy przez dwie godziny coś sobie gotuję, to przez cały ten czas myślę, że po jedzeniu zapalę papierosa. I to czasem bywa celem gotowania, a przyjemność z jedzenia gdzieś się gubi. Tak nie może być. Ja nikotyny nie używam, ale jedząc obiad, lubię sobie myśleć, że potem zjem kawałek czekolady. – No dobrze, jeden papieros, dwa, spoko, ale paczka dziennie? – Meli nie opuszcza niepokój. – A palę bliżej paczki. Jestem porządnym palaczem, zaczęłam wcześnie, to fakt. Jeszcze w zerówce spacerowałam po Sulechowie i zbierałam niedopałki. Ale tylko te ubrudzone szminką. Mama paliła i tylko takie ze szminką dobrze mi się kojarzyły.

– Ale nie wyjeżdżam tylko po to, by rzucić palenie. Przede wszystkim jadę przewietrzyć głowę, to zresztą będą moje najdłuższe wakacje w życiu. Oprócz Laosu zahaczymy też o Hongkong, Filipiny i Tajlandię. Jadę odpocząć, bo szykuje się intensywny rok, ale też pomyśleć, co bym chciała umieścić na drugiej płycie. A nie chcę wpaść w klasyczną pułapkę, że muszę koniecznie nagrać drugą płytę, żeby potwierdzić, że pierwsza nie była przypadkiem. W maju wydam „epkę” (dla niezorientowanych: „epka” to niepełny album, taki grubszy singiel), a na wiosnę mamy już zaplanowanych mnóstwo koncertów. Ja jestem stworzona do koncertowania.

Nie jestem typem, który tylko siada w studiu i nagrywa, ja muszę wychodzić do ludzi. À propos koncertów, miałam też taki śmieszny epizod… Oj, ale może nie, nie powiem! Albo dobra, ale nie pisz tego! Miałam 17 lat, po jednym z poetyckich konkursów odezwał się do mnie ktoś z Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. Zaprosił mnie razem z innymi młodymi wokalistkami i aktorkami na koncert w Sali Kongresowej. Przeżyłam traumę, występowałam na scenie w moro, chociaż wcześniej myślałam, że to będzie normalnie, w sukience. Tymczasem niektórzy na scenie mieli nawet jakieś maski na burze piaskowe! To było straszne! Fakt, że nieźle zapłacili, ale ja się potem mocno popłakałam. Nawet przefarbowałam włosy na kasztanowo, specjalnie na ten koncert, żeby mnie nikt nie rozpoznał. A jeden pułkownik przekonywał mnie, że wyglądam pięknie w tych ich mundurach. Śpiewałam wtedy – nie zapomnę do końca życia – coś takiego: „Łąk miłości żeby czołgi nie zdeptały, żeby wiara pozostała zawsze w nas”. Był nawet plan, żeby wysłać nas do Afganistanu. Wtedy też leciałam pierwszy raz samolotem, do Szczecina, z prezydentową Kwaśniewską, chyba tym samym Tupolewem, który się później rozbił…

Cały tekst w najnowszym numerze Malemena.Więcej Meli szukaj na oficjalnej stronie magazynu www.malemen.pl.

Trwa ładowanie komentarzy...